...to przedsionek apatii. Zaczyna się materializować gdy sprzyjają ku temu warunki, czyli zwykle po paśmie niepowodzeń i rozczarowań. Uwielbiam ten stan, z radości mogłabym się nawet pochlastać. Pewnie byłoby to kłopotliwe dla rodziny bo posprzątać po takiej imprezie łatwo nie jest. Możliwe, że to dobry argument by sobie odpuścić podobnych atrakcji... Przynajmniej na razie. Są chwile gdy naprawdę obojętnieje mi wszystko. Dosłownie. Po jakimś czasie ten dziwny stan mija i trzeba powrócić do smutnej rzeczywistości i tego co w owe zawieszenie wpędziło. Mechanizm działa tak samo: szereg porażek, dno i swoiste katharsis. Zwykle nawet pojawia się swego rodzaju pewność, że tym razem jestem silniejsza i uda mi się dopiąć swego. Ponoć co cie nie zabije to wzmocni.. lub zniszczy psychicznie albo jedynie pozbawi optymizmu. Kogo to w sumie obchodzi... Dla większości ludzi wokół podstawą jest cieszenie się z tego co jest. Nawet jeżeli jest źle. Czuję się obco w tym społeczeństwie gdzie nie ma woli walki i narzuca się mi podobny tok myślenia. Nic nie ma sensu. Normalnie tylko się położyć i czekać na śmierć. Źle ci? To sobie zmień coś ale nie licz na pomoc, zrozumienie czy aprobatę. Jak nie masz sił to nie jęcz. Ludzie to owce. Całkiem dosłownie.
Nie lubię gdy wmawia mi się, że wszystko leży w moich rękach gdy tak nie jest. Nie cierpię gdy wkładam wiele wysiłku by dobrnąć do celu a wynik jest taki jakbym zupełnie nie podjęła działań. Syzyfowa praca, na marne, bez sensu. Nie można mieć motywacji nie widząc pozytywnych efektów starań. To jak tłuczenie głową w mur z nadzieją, że się go przebije nim roztrzaskamy sobie na dobre czerep. Nienawidzę marnować sił. Nie widzę sensu w rzeczach, które pochłaniają energię i nie dają nic w zamian. Choćby głupiej satysfakcji, że zrobiło się coś właściwie. Świat staje się dla mnie coraz bardziej niezrozumiały. Choć nie... rozumiem wszystko co się dzieje ale nie jestem w stanie pojąć dlaczego wszyscy się zgadzają by było tak jak jest.
Dlaczego tych, którzy kształtują rzeczywistość jest mniej a mimo to odnoszą sukcesy? Dlaczego łatwiej jest bronić wartości tak absurdalnych jak wiara a nie ma siły by stanąć w obronie lepszego bytu?
Wracając do zniechęcenia. Przy takim chaosie myślowo-nielogicznym ciężko chyba będzie mi uniknąć tych jakże niskich lotów stanów umysłu. Cóż, ponoć wszyscy jesteśmy wariatami tylko nie wszystkich zdiagnozowano.
Marudzenie w stylu dowolnym, okraszone poranną tudzież wieczorną kawą z wyrazistym dodatkiem carpe noctem, refleksją nad światem i gatunkiem ludzkim - o wszystkim i o niczym, czyli pospolita obywatelka w natarciu.
czwartek, 21 maja 2015
czwartek, 26 lutego 2015
::Czego nie wie to zmyśli::
Och, jak ja uwielbiam ludzi, którzy uważają, że wszystko wiedzą. Posiedli wiedzę absolutną, znają wszystkich wokół i są w stanie ocenić dokładnie wszystko. A jakże są nieomylni w swych osądach! Szczególnie lubią krytykować tych co praktycznie nie znają. Ot choćby gdy ktoś nie przyjdzie do pracy to z pewnością z lenistwa. Bo się wstać nie chciało. Na pewno nie dlatego, że czuł się potwornie źle. I na pewno cały dzień oddawał się rozrywkom! Bo z pewnością się w tym czasie nie leczył, a już na bank nie leżał w łóżku i nie skręcał się z bólu. Bo ci "leniwi" zawsze czują się dobrze i tylko szukają wymówek by czegoś nie zrobić. Nie należy się też o nich niepotrzebnie martwić. Najlepiej zastanowić się jak takiemu dokopać gdy się już łaskawie pojawi. Może to ja jestem dziwna... ale jak kogoś nie ma to się interesuję: dlaczego? Może coś się stało? Różne rzeczy się dzieją. Często zupełnie różne od tego co zakładamy. Lecz przecież ludzie lubią mieć rację. O ho ho, uwielbiają! Nawet jak nie są pewni to chętnie swoją wiedzą dzielą się z innymi. Wszak są nieomylni, ich podejrzenia to pewność. Nie ma innej możliwości. Nie ma innej prawdy niż ich własna pewność. Odbija się to w każdej sferze. Tak samo jest z szybkim osądem leżącego człowieka na ziemi. Pijany to upadł. Co z tego, że mogła się wydarzyć zupełnie inna rzecz: został pobity, zasłabł, ma cukrzycę itp. Nie, na bank pijany. Ominąć i zostawić. Zdarzyło się, że znalazłam taką faktycznie pijaną kobietę. Leżała obok ławki, najpewniej z niej spadła. Torebka obok, rzeczy rozrzucone wokół. Fakt - była pijana. I co? Miałam ją zostawić? Wieczór, ciemno, pojedynczy przechodnie po prostu omijali udając, że nie widzą. Podeszłam, kobieta ocknęła się. Pomogłam wstać. Pozbierałam rzeczy, złożyłam telefon, zapytałam po kogo dzwonić. Kobieta koło 50-tki wracała z imprezy, ktoś miał ją podrzucić pod dom, a znalazła się pod ławką. Ciekawe czy to znajomi? Mogę zgadywać ale prawdy się nie dowiem. Wykrztusiła z siebie kilka razy "musisz być aniołem!". Rozbawiło mnie to wielce bo faktycznie na ludzi nie można liczyć. Jak ktoś wyciąga pomocną dłoń to nie może być człowiekiem. Zadzwoniłam, opisałam gdzie się znajdujemy i kazałam kobiecie poczekać. Poprosiła żebym poczekała z nią. Zostałam. Wysłuchałam smutnej historii o dzieciństwie tejże kobiety. Czasami ciężko mi zrozumieć dlaczego tak wiele tragedii dzieje się tuż obok i nikt z tym nic nie robi. Każdy tylko się wymądrza, a gdy potrzebne jest faktyczne działanie to nie ma chętnych. Nie możesz liczyć na znajomych, nawet na własną rodzinę. Na prawo też nie można liczyć. Na nic. Po kobietę zjawiły się dwie panie. Szczerze mówiąc odetchnęłam bo fala przygnębienia jaka mnie ogarnęła rosła bardzo niebezpiecznie. Nie wiadomo nawet jakich słów używać - czy pocieszać czy tylko słuchać?
Ludzie lubią oceniać. Szczególnie gdy obiekt ich oceny mocno się od nich różni. Najłatwiej oceniać coś czego się nie zna.
Ludzie lubią oceniać. Szczególnie gdy obiekt ich oceny mocno się od nich różni. Najłatwiej oceniać coś czego się nie zna.
środa, 11 lutego 2015
::Hejt w internecie::
Zawsze mnie to zastanawia. Ilekroć spotykam się z przejawem "hejtu". Zaraz zaraz.. co to właściwie jest? Hejter hejter... po polsku to będzie nienawistnik. Tak, zdecydowanie. Osoba pełna nienawiści, często niepopartej konkretnym powodem. Taka nienawiść dla nienawiści. Pytanie nasuwa mi się jedno... po co? Oczywiście wiem, że ja sobie narzekam całkiem swobodnie jak leci ale zawsze mam jakiś konkretny powód. Do tego narzekam sobie tutaj nikomu specjalnie nie wadząc. Ot, taka zachcianka. "Hejterzy" zaś... oni lubią bruździć wszędzie i wszystkim.Czy mają rację czy nie, czy na temat czy też niekoniecznie.. nie ważne! Liczy się wtrącenie swoich bezwartościowych tekstów. Najlepiej anonimowo byle komu. Gdzie popadnie. Byle wtrącić. Co jest z tymi ludźmi nie tak? Nie mają własnego życia? Hobby? Pracy? Innych zajęć? Czy myślą w ogóle? Jaka to kategoria wiekowa? Aż mnie korci by zrobić badania na ten temat.. tylko jak dobrać próbę? Anonimowa ankieta w internecie? Złapią przynętę? Co jeśli wpiszą tylko bzdury i jedynie "shejtują"? Bez sensu... nawet szkoda czasu by się tą osobliwą grupą zajmować. Byli, są i będą. Tak samo jak robaki. O, robali jest sporo i wytępić ciężko. Z chwastami podobnie. Cóż, część ekosystemu. Nadal jednak nie znam odpowiedzi na koronne pytanie "po co?". Dla zabawy? Dla podniesienia własnego ego? Dla wątpliwej sławy? Może jest to swego rodzaju próba zwrócenia na siebie uwagi? Tudzież pospolita zazdrość, że ktoś coś tworzy i inni to doceniają lub się tym interesują? Nie wiem, naprawdę nie wiem.. ale czy w końcu muszę wszystko rozumieć?
środa, 4 lutego 2015
::Ostatnio...::
...zbyt zajęta byłam marudzeniem na żywo. Okazji nie brakowało czy to w domu, pracy czy też u przyjaciół. Gdyby się tak zastanowić to można dosłownie na wszystko. I jest to rzecz nader wzruszająca.
Ostatnio wybitnie bawią mnie ludzie wokół. Przejmują się rzeczami nieistotnymi, wytykają jak mogą potknięcia innych i toną w hipokryzji. Nie próbują zrozumieć drugiej strony, a jedynie kierują się własnymi odczuciami. Znawcy wszystkiego i niczego. Ostatnio nawet nie chce mi się wdawać w dyskusje. Są równie jałowe co irytujące. Ostatnio nawet nie chce mi się rozmawiać. Szkoda czasu i energii. Milczenie jest nie tyle złotem co lekarstwem, które działa powoli acz skutecznie.
Ostatnio wybitnie bawią mnie ludzie wokół. Przejmują się rzeczami nieistotnymi, wytykają jak mogą potknięcia innych i toną w hipokryzji. Nie próbują zrozumieć drugiej strony, a jedynie kierują się własnymi odczuciami. Znawcy wszystkiego i niczego. Ostatnio nawet nie chce mi się wdawać w dyskusje. Są równie jałowe co irytujące. Ostatnio nawet nie chce mi się rozmawiać. Szkoda czasu i energii. Milczenie jest nie tyle złotem co lekarstwem, które działa powoli acz skutecznie.
sobota, 24 stycznia 2015
::Kierowcy::
Oto i kolejna grupa idiotów. Jestem tylko pasażerem ale momentami mam ochotę przesiąść się ze zwykłej osobówki w Hellcat'a i zrobić taką rzeźnię by już nikt więcej nie wsiadł do auta z zamiarem choćby lekkiego przekroczenia prędkości. Gdyby to jeszcze tylko o to chodziło... Nie, nie. Przede wszystkim:
* "Przepisy są ogólnie po to by je łamać" - wszelkie zakazy skrętu, wyprzedzania, te niezwykle sugestywne dwie, białe linie ale i też złe warunki pogodowe, kiepska nawierzchnia itp. wszystko to jest tylko motywatorem by gnać na złamanie karku i lawirować między innymi uczestnikami ruchu. To przecież tylko przeszkody.
* "Każdy wie co zamierzam zrobić" - tak, oczywiście. Wszyscy wokół patrzą tylko co zrobi ten jeden idiota. Bo jak zmienia pas bez migacza to przecież każdy wie co robi. Jak wyprzedza też. Gdy nagle zapragnie skręcić gdzieś to również nie potrzebuje tego specjalnie sygnalizować. Po bo męczyć akumulator?
* Wyjeżdżając w lewo z drogi podporządkowanej na główną wystarczy zerknąć jedynie w prawo bo z tej lewej z pewnością nic nie będzie jechać! Aż żal, że wjechanie w bok mogłoby zmechacić maskę...
* "Niezdecydowany struś pędziwiatr" - kierowca, który zmienia pas co 5-10 sekund bo ten obok z pewnością jedzie szybciej i dzięki temu wysforuje się o te 2 metry dalej. Dziwne, że zwykle pas, który opuścił nagle jest bardziej przejezdny.
* Czołówka! Lubicie czołówki? Uwielbiam je, naprawdę. To uczucie gdy jakiś kretyn wyprzedza chociaż nie bardzo ma gdzie zjechać i wszędzie są auta. I w dodatku jedzie na czołowe wprost na ciebie. Taki sobie moment wybrał, ot, nie powinno cie w ogóle być na jego drodze. Dobrze gdy faktycznie jest kawałek pobocza i można zjechać żeby taki idiota przejechał. Gorzej jak nie ma i trzeba kombinować bo nie wiesz czy ten pacan zjedzie czy mu się nie uda. Wszystkim, którzy jadą komuś na czołowe bo koniecznie muszą wyprzedzać - żeby was pokręciło i drzewka solidnie posmyrały po pustych czerepach.
Wiem.. wiem, że każdemu kierowcy zdarzy się czasami jakaś głupota. Gorszy dzień, zły nastrój, cokolwiek. Trudno, zdarza się. Popełnią błąd to zwykle zasygnalizują, że nie chcieli. Natomiast kierowcom-idiotom to się nie zdarza. Oni są tacy cały czas i to widać po zachowaniu. Widać, że przekraczanie prędkości, lawirowanie, zajeżdżanie drogi, wymuszanie pierwszeństwa, wjeżdżanie na czołowe - to wszystko chleb powszedni. Nie wiem czy to idiotyczna zabawa w króla drogi czy też pospolity brak wyobraźni. Nie wiem też kto im wydał prawo jazdy. Wiem natomiast, że mam ogromną ochotę załadować ze sobą RPG i wychylać się przez okno za każdym razem gdy trafi się kierowca-idiota... Na początek może ograniczę się do coraz popularniejszych kamerek samochodowych.
Tak, wkurzyli mnie dziś.
* "Przepisy są ogólnie po to by je łamać" - wszelkie zakazy skrętu, wyprzedzania, te niezwykle sugestywne dwie, białe linie ale i też złe warunki pogodowe, kiepska nawierzchnia itp. wszystko to jest tylko motywatorem by gnać na złamanie karku i lawirować między innymi uczestnikami ruchu. To przecież tylko przeszkody.
* "Każdy wie co zamierzam zrobić" - tak, oczywiście. Wszyscy wokół patrzą tylko co zrobi ten jeden idiota. Bo jak zmienia pas bez migacza to przecież każdy wie co robi. Jak wyprzedza też. Gdy nagle zapragnie skręcić gdzieś to również nie potrzebuje tego specjalnie sygnalizować. Po bo męczyć akumulator?
* Wyjeżdżając w lewo z drogi podporządkowanej na główną wystarczy zerknąć jedynie w prawo bo z tej lewej z pewnością nic nie będzie jechać! Aż żal, że wjechanie w bok mogłoby zmechacić maskę...
* "Niezdecydowany struś pędziwiatr" - kierowca, który zmienia pas co 5-10 sekund bo ten obok z pewnością jedzie szybciej i dzięki temu wysforuje się o te 2 metry dalej. Dziwne, że zwykle pas, który opuścił nagle jest bardziej przejezdny.
* Czołówka! Lubicie czołówki? Uwielbiam je, naprawdę. To uczucie gdy jakiś kretyn wyprzedza chociaż nie bardzo ma gdzie zjechać i wszędzie są auta. I w dodatku jedzie na czołowe wprost na ciebie. Taki sobie moment wybrał, ot, nie powinno cie w ogóle być na jego drodze. Dobrze gdy faktycznie jest kawałek pobocza i można zjechać żeby taki idiota przejechał. Gorzej jak nie ma i trzeba kombinować bo nie wiesz czy ten pacan zjedzie czy mu się nie uda. Wszystkim, którzy jadą komuś na czołowe bo koniecznie muszą wyprzedzać - żeby was pokręciło i drzewka solidnie posmyrały po pustych czerepach.
Wiem.. wiem, że każdemu kierowcy zdarzy się czasami jakaś głupota. Gorszy dzień, zły nastrój, cokolwiek. Trudno, zdarza się. Popełnią błąd to zwykle zasygnalizują, że nie chcieli. Natomiast kierowcom-idiotom to się nie zdarza. Oni są tacy cały czas i to widać po zachowaniu. Widać, że przekraczanie prędkości, lawirowanie, zajeżdżanie drogi, wymuszanie pierwszeństwa, wjeżdżanie na czołowe - to wszystko chleb powszedni. Nie wiem czy to idiotyczna zabawa w króla drogi czy też pospolity brak wyobraźni. Nie wiem też kto im wydał prawo jazdy. Wiem natomiast, że mam ogromną ochotę załadować ze sobą RPG i wychylać się przez okno za każdym razem gdy trafi się kierowca-idiota... Na początek może ograniczę się do coraz popularniejszych kamerek samochodowych.
Tak, wkurzyli mnie dziś.
środa, 21 stycznia 2015
::Klienci::
Klienci z reguły są idiotami. Jest to dosyć zabawne ponieważ każdy z nas przynajmniej raz dziennie jest klientem. Kupując produkt lub usługę jesteśmy klientami jakiejś firmy/sprzedawcy. Czy mam na myśli, że wszyscy jesteśmy zidiociali w tej roli? Nie, nie wszyscy.. tak źle jeszcze nie jest. Wyobraźmy jednak sobie, że istnieje pewna grupa ludzi, której jedyną rolą w społeczeństwie jest bycie klientem-idiotą. Wiem to z doświadczenia. Otóż takim jednostkom można długo i namiętnie tłumaczyć jak wygląda produkt, co można z nim zrobić i jakie będą skutki takiego, a takiego działania. Można na to zmarnować nawet całe godziny. Można nawet zdzierać palce by to wszystko co się wyłuszczyło ustnie jeszcze raz przekazać w formie pisemnej. Owszem, można. Tylko, że klient-idiota i tak nie doceni wysiłku. Mało tego, na koniec zachowa się jak gołąb na szachownicy - uzna, że został oszukany i nikt o niczym go nie poinformował. Ba! Jeszcze działano na jego niekorzyść oferując wachlarz rozwiązań. Klienci to idioci. Tyle w temacie.
wtorek, 20 stycznia 2015
::26 godzin po...::
...jest jeszcze gorzej. Zakwasy eskalują. Łydki bolą gdy choćby o nich pomyślę. Żebra gdy oddycham, grzbiet gdy się ruszam. Jeżeli dalej mam się tak telepać niczym mumia to pięknie dziękuję. Do licha! Jak nic muszę zrobić powrót na siłownię, bo jeszcze kilka takich wypadów jak ostatni i się posypię. To już ten wiek? Nie... chyba nie. Poza tym trzeba popracować nad figurą, skoro lato pojawi się wcześniej niż zwykle. Tfu.. co ja mówię. Nad rzeźbą. Zdecydowanie. I łydkami. Dawno nie czułam, że je mam, a przecież używam codziennie i intensywnie. Prawdopodobnie ciężar ekwipunku je dobił. Przypomniało mi się właśnie, że Brat proponował mi jakiś bieg przez błoto z plecakiem 20-30 kg. Chyba już wiem jakby się to skończyło... szaaa łapki, szaaa...
poniedziałek, 19 stycznia 2015
::12 godzin po...::
... powrocie do domu wypełzłam spod kołdry. Nadal tego żałuję. Tego wypełźnięcia... Poranna kawa stara się jak może by mnie doprowadzić do ładu lecz nie jest to proste zadanie. Wczoraj w środku nocy, kiedy to zwykle dopiero kładę się spać, musiałam wstać i ruszyć na bus do Bydgoszczy. Jakieś 4 godziny podróży, potem cały dzień dreptania wzdłuż Brdy z moim ulubionym obecnie plecakiem nieprzemakalnym (zawartość jakieś 10-12kg - nie wiem co ja zabrałam...), uniki jak z Matrix'a przed łabędzimi fecesami i prawie bezowocne szukanie obrączek na nielicznych mewach. Prawie, bo gdy już część ekipy ruszyła swoim busem do domu to zgodnie z moimi oczekiwaniami jedną mewę udało się odczytać. Ha! Za to dziś... wszystko mnie boli. Każdy mięsień, nawet rzęsy. Umieram jak nic. A tu do roboty jeszcze trzeba iść. Pełznąć raczej.. Może powinnam zabrać ze sobą kilka saszetek z kawą? Albo zachować się jak burżuj i kupić po drodze w kawiarni na wynos? Tylko 10 zł bez grosza za kubek! I pomyśleć, że niektórych na ten luksus stać codziennie..
sobota, 17 stycznia 2015
::Ortografia::
Coś co jednych podnieca, a innych wręcz odstręcza. Jedni twierdzą, że potrzebna, inni poddają to w wątpliwość. Mnie osobiście drażnią bardzo oczywiste i proste błędy popełniane przez dysortografików. Chociaż może bardziej irytuje fakt, że tak dużo osób "ma" ów problem lub powołuje się na sakramentalne określenie "bo ja jestem dys-cośtam". Jak gdyby to wszystko tłumaczyło. Wieje czystym lenistwem (ha! czuję przez skórę, że mi się oberwie od kogoś). Prawdopodobnie nie jestem w stanie pojąć jak oni to robią. Zupełnie jakby ktoś twierdził, że białe jest czarne (tacy też byli...). Oczywiście nie neguję, że są ludzie, którzy zwyczajnie nie potrafią zapanować nad ortografią ale żeby na każdym kroku? W dzisiejszych czasach nawet pisząc prostego maila program sam podkreśla błędy i wystarczy je tylko poprawić. Muszę zrobić specjalną listę "kwiatków" ortograficznych. Aż mnie telepie na samą myśl. Będę twarda, zrobię to. Tymczasem próbuję indoktrynować starszego Brata. Ów jest moim ulubionym obiektem do znęcania się. Nigdy bym nie wpadła, że słowo "rzecz" można zapisać jako "żecz". Zdążyłam się już przyzwyczaić, że tak po prostu ma ale nie przeszkadza mi to w nieustannym poprawianiu i docinaniu. Od czegoś są te młodsze siostry...
Przy okazji, fragment rozmowy z Bratem. Nie ma to jak znaleźć z kimś wspólny język.
Chyba oboje jesteśmy niereformowalni...
Przy okazji, fragment rozmowy z Bratem. Nie ma to jak znaleźć z kimś wspólny język.
Brat: codziennie
dowiadujesz sie o sobie nowych żeczy XD
ja: rzeczy
Brat: czepiasz sie
ja: jak będziesz pisał "z"
zamiast "ż" to ludzie pomyślą że zjadłeś literkę a
nie zrobiłeś błąd
Brat: jakby mnie
martwiło co ludzie pomyślą... XD
ja: ok, MNIE nie będzie tak kuło w oczy
xD
Brat: hmmm
ja: a jak sie nazywa to zwierzątko co robi
kum kum i jest zielone? :P
Brat: Frog ? XD
ja: xD
Chyba oboje jesteśmy niereformowalni...
środa, 14 stycznia 2015
::Gdzie ta zima?::
Natura też zrobiła się kapryśna. Jaką my teraz mamy porę roku? Zimę ponoć. Bardziej jednak przypomina to błotnistą wiosnę lub smutną jesień. Jest styczeń a śniegu zobaczyłam tyle co kot napłakał. Czuję, że zaczyna mi doskwierać depresja spowodowana brakiem zimy. Zdecydowanie. Deszcz, błoto, trochę słońca, porywisty wiatr i znowu deszcz. Gdzie jest mój upragniony śnieg?! Czekam tyle miesięcy by raz w roku ulepić bałwana, wywinąć orła na śniegu i przebiec się lasem po kolana w zaspach. Co mogę zrobić bez śniegu prócz narzekania? Solidnego mrozu też nie uświadczyłam. Przez to poplątanie z sezonami będę jeszcze bardziej cierpieć latem. Lato niechybnie przyjdzie, akurat tu nie mam co się łudzić, że będzie lekkie i chłodne. Zima miała mi podładować baterie tymczasem chyba gdzieś zamarudziła. Zdecydowanie jest kobietą. Kapryśną i nieprzewidywalną. Jak się kusi taką aby przyszła? Na drinki z lodem? Może lubi mrożoną kawę? Nie cierpię braku zimy...
wtorek, 13 stycznia 2015
::Ludzie w komunikacji miejskiej::
Coś czego zdecydowanie nie lubię lub raczej, drażnią mnie pewne aspekty związane z podróżowaniem komunikacją miejską. Zwykle są to autobusy i tramwaje, a ściślej rzecz ujmując - ludzie, którzy z nich korzystają. W samej komunikacji nie ma nic złego. Ot, pozwala dostać się w określone miejsce lub jego pobliże. Przydatne dla szarego człowieczka w tym i dla mnie. Skupmy się zatem na problemie naczelnym - pasażerach. Otóż, nie wiem, kompletnie nie mam pojęcia co ta konkretna grupa osób myśli (o ile w ogóle) wsiadając do pojazdu publicznego.
1. Pierwsza zasada: wpierw się wysiada, potem wsiada. Oczywiście, że nie! Trzeba się tłoczyć przy wejściu, pchać prostacko do środka i nie ważne, że ci co chcieli wysiąść nie mają ku temu sposobności. Ważne jest to by się wepchnąć, a najlepiej jeszcze rzucić na wolne miejsca (jeżeli są). Nie ma dnia bym się nie zastanawiała w drzwiach gdzie tak naprawę mam wyjść, bo tuż za progiem pojazdu stoją owce i barany i czekają aż wysiądę. Czekają stojąc przed moim nosem. Nadepnij to się jeszcze obruszą. Czy stanięcie po bokach wyjścia przekracza możliwości intelektualne tych ludzi? To boli tak pomyśleć, że do pewnych czynności potrzeba minimalnej przestrzeni? Najwyraźniej. Przy tej sytuacji mogłabym wyróżnić kilka schematów, które się powtarzają:
2. Lepsze rzeczy dzieją się oczywiście w samym pojeździe. Tyle co się napatrzyłam w swoim dosyć krótkim jeszcze życiu to głowa mała. Miejsca siedzące są jak punkty strategiczne podczas bitwy. Walki niemal na śmierć i życie. Oczywiście lekko demonizuję, aż tak drastycznej sceny jeszcze nie podpatrzyłam ale kilka rarytasów się znajdzie.
1. Pierwsza zasada: wpierw się wysiada, potem wsiada. Oczywiście, że nie! Trzeba się tłoczyć przy wejściu, pchać prostacko do środka i nie ważne, że ci co chcieli wysiąść nie mają ku temu sposobności. Ważne jest to by się wepchnąć, a najlepiej jeszcze rzucić na wolne miejsca (jeżeli są). Nie ma dnia bym się nie zastanawiała w drzwiach gdzie tak naprawę mam wyjść, bo tuż za progiem pojazdu stoją owce i barany i czekają aż wysiądę. Czekają stojąc przed moim nosem. Nadepnij to się jeszcze obruszą. Czy stanięcie po bokach wyjścia przekracza możliwości intelektualne tych ludzi? To boli tak pomyśleć, że do pewnych czynności potrzeba minimalnej przestrzeni? Najwyraźniej. Przy tej sytuacji mogłabym wyróżnić kilka schematów, które się powtarzają:
- chcesz wysiąść, ale nie masz gdzie, bo wsiadający stoją tuż przed tobą;
- wysiadasz środkiem - wsiadający już się pchają po twojej prawej, lewej lub po obu stronach (!);
- wysiadasz prawą lub lewą stroną i nieopatrznie spojrzysz na wsiadających - bądź pewna/pewien, że uruchomi to system "wsiadania", bo uznają, że już mogą (nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale testowałam wielokrotnie);
2. Lepsze rzeczy dzieją się oczywiście w samym pojeździe. Tyle co się napatrzyłam w swoim dosyć krótkim jeszcze życiu to głowa mała. Miejsca siedzące są jak punkty strategiczne podczas bitwy. Walki niemal na śmierć i życie. Oczywiście lekko demonizuję, aż tak drastycznej sceny jeszcze nie podpatrzyłam ale kilka rarytasów się znajdzie.
- Pomyślmy przez chwilę o sytuacji gdy jedziemy sobie w miarę pustym pojazdem. Jest to jakaś 12:00 - 13:00 zatem mniejsze natężenie pasażerów w komunikacji. Powiedzmy, że to tramwaj, kilka osób siedzi, kilka wolnych miejsc. Cicho, przyjemnie, można się skupić na muzyce z mp3, książce czy czymkolwiek innym. Siedzę sobie ja - zwykła kobieta jakich wiele, nikomu nie wadzę, zerkam w szybę i zastanawiam się o czym nie marudziłam jeszcze w ostatnim tygodniu. Przede mną chłopak, pewnie licealista (siedzi na bombie, czyli miejscu z krzyżykiem). Obok nas, równolegle, starszy, wysoki pan. Tramwaj powoli dojeżdża na przystanek. Dziadek wstaje i wyobraźcie sobie co robi? Otóż podchodzi do chłopaka i wyrzuca mu, że zajmuje owo nieszczęsne miejsce, że to nie dla niego, że "nie ma prawa tam siedzieć" itp. Moje zdziwienie rosło z każdym słowem jakie do mnie docierało. Przypominam, że w pojeździe były wolne miejsca i żadna trzęsąca się staruszka nie potrzebowała usiąść. Chłopak był bardziej zaskoczony ale nie zbluzgał dziadygi jak powinien. Starszym to się czasem porządnie w głowach miesza. Takich przypadków jest więcej. Nawet tak bezczelne, że gdy człowiek nie doświadczy to nie chce wierzyć.
- Dla odmiany okres święta zmarłych. Nigdy nie zapomnę sceny gdy tłum ludzi wpada do autobusu (ja już sobie w nim siedziałam) i na czele jeden dziadyga, który ledwo wpadł do środka (a kuśtykał) rozejrzał się jakby szukał złodzieja i pognał na wolną miejscówkę tratując (!) innego starszego człowieka. Staruszek się przewrócił, a część pasażerów prawie go zdeptała nim zauważyła. Ze dwie osoby może krzyknęły. Co jest z ludźmi nie tak?
- Staruszka, która wsiada do pojazdu z siatami i zamiast zająć najbliższe możliwe miejsce to lezie właśnie do ciebie i chce usiąść na twoim miejscu. Możliwe! I jeszcze długo by wymieniać.
- Pojazdy mają takie różne ciekawe oznaczenia jak: zakaz palenia, spożywania alkoholu, jedzenia i picia rzeczy, które mogą zabrudzić siedzenia lub podłogę. Co robią ludzie? Włażą do komunikacji z jedzeniem, które rozsiewa nieprzyjemną woń. Wsiadają z alkoholem i żłopią ukradkiem (szczególnie panowie, ale żeby nie było, panie też się zdarzają). Popalają czy jak to nazwać e-papierosy i im podobne. Włażą z lodami, napojami z fast foodów. Symbole potrafili odczytywać już starożytni, a współczesny człowiek ma z tym potężny problem. Albo nie rozumie. Albo nie wiem co... ale momentami krew mnie zalewa. Przepisy są po to by je łamać i uprzykrzać podróż innym.
- Pasażerom czasem się wydaje, że jadą sami jedni. I wtedy też prowadzą rozmaite rozmowy przez telefon lub z osobą towarzyszącą. O wszystkim. I tak głośno by wszyscy usłyszeli, że "ten spadek to się mnie należy, a nie tej k...", "zaraz k... będę tylko tak się na..e..aem", "kupiłam sobie nową sukienkę, wiesz ile kosztowała? Tylko pięć stówek", itd. Naprawdę, co mnie to obchodzi? A zwrócić takim uwagę to można się bardziej nasłuchać.
- Słuchanie muzyki. Świadomość, że można innym przeszkadzać niejako się zwiększyła, ale i tak często trafiają się osobniki płci wszelakiej, które są przekonane, że wszyscy wokół chcą słuchać tego co oni. Też sobie lubię odpalić mp3 ale zawsze ustawiam tak bym tylko ja odbierała muzykę + dźwięki z otoczenia. Chociaż może się czepiam znowu... być może ci biedni melomani są już zwyczajnie bardzo głusi. Współczuję.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
::Poniedziałek nie powinien istnieć::
Nie cierpię poniedziałków. Wiem, że nie jestem w tym osamotniona ale mimo wszystko.. wydaje mi się, że nie cierpię ich bardziej niż inni. Poniedziałki powinny przepaść, zostać wymazane z tabeli tygodnia. Tylko jeżeli faktycznie by się tak stało to po niedzieli następowałby wtorek, co sprawiałoby, że ów niczemu winny wtorek zastępowałby poniedziałek.. W związku z tym nie cierpiałabym wtorków. To jest jak jakieś parszywe błędne koło. Do tego aktualny poniedziałek nie obfituje w przyjazną pogodę. Chmury, przelotne opady, wiatr, błoto, wilgoć. Wszystko mówi dziś "zostań w domu, poczytaj coś ciekawego, wypij kolejną kawę, podokuczaj kotom". Niestety nie mogę. Poniedziałek to preludium do pięcioksięgu roboczego. Pierwszy, męczący akt dramatu jakim jest przymus pójścia do pracy. Te kilka godzin dziennie, które jestem zmuszona poświęcić na czynności zupełnie bezwartościowe. Pewnie byłoby to mniej męczące gdyby praca była ciekawa, dobrze płatna lub chociaż związana z zainteresowaniami. Też nie jest. Ciekawe jaki procent społeczeństwa boryka się z podobnym problemem? Przypuszczam, że niemały. Choć może się mylę? Może należę do grona nielicznych marud, malkontentów, pesymistów i leniwców, a reszta populacji jest zadowolona z życia, pracy i poniedziałków? Może. Tyle przy porannej kawie. Nadszedł czas wyjścia do pracy w ten paskudny poniedziałek. Tam też nie zabraknie tematów do narzekań.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)